środa, 8 kwietnia 2020

Pisanka z zającem

Krzątając się wokół wielkanocnego stołu, z pewnością dokładnie rozważymy zasadnicze pytanie w kwestii pochodzenia drobiu oraz szerzej - zagadnienie przyczyny i skutku.. Jego sens nie ma wiele wspólnego z przyjętą symboliką Świąt Wielkanocnych, choć jajko, jako element dylematu, niewątpliwie dla symboliki wiosennych Świąt jest ważne.  Co innego zając. Ważny, czy można go pominąć?  Właściwy to moment, żeby skupić się na tym interesującym problemie. A więc: ma zając być, czy nie musi? Nie musi, ale są tacy, którzy na niego czekają. I na to, co przynosi. A co przyniesie? Na początek sprostowanie. Nie jest figurą Świąt, a tylko symbolem radosnego świętowania. 
Z powagą Wielkiej Nocy nie ma nic wspólnego, ale pojawia się już od starożytności w wielu kulturach ( przykładowo - jako ulubione zwierzę anglosaskiej bogini wiosny - Eostre, od której imienia wywodzi się nazwa świąt: Easter - Wielkanoc) symbolizując płodność, odrodzenie i dobrobyt. 
Przez odlegle paralele trafił nie tak dawno (na początku XX wieku, z Niemiec) do naszych ogródków, gdzie dzieci szukając w wielkanocny poranek prezentów od " Zajączka", znajdują wiele radości. Sześcioletni znawca zagadnienia, rozstrzyga je w prosty sposób: "...No, to taki Mikołaj, tylko przychodzi na wiosnę".
W każdym razie - pojawia się. Zając lub królik (kto tak naprawdę wie, czym się różnią?), staje się zwyczajowo wszechobecny, bo jego wizerunki w gronie kurczaczków i baranków należą do popularnej ikonografii wielkanocnej. 
Dla nas, szczególnie ciekawy jest fakt, że zające i króliki od tysiącleci zostawiają swoje tropy w literaturze.
Kto czyta od dzieciństwa, na pewno spotkał się z gromadą literackich postaci o długich uszach i wyrazistych charakterach. Uosabiają ludzkie przywary i cnoty lub magiczno - fantastyczne cechy, często łącząc je w niepowtarzalny sposób. Zapraszam: królik - dobry przyjaciel Kubusia Puchatka, inny królik - niesamowity, jak wszystko w Krainie Czarów Alicji, królik Piotruś z opowieści Beatrix Potter oraz wielu kicających bohaterów aż po czasy Ezopa i jego "Żółwia i zająca".
Królik, a więc i zając, pominąć się nie da. Mam nadzieję, że do Was też przyjdzie w tę Wielkanoc. Niech przyniesie Wam wiele radości.



wtorek, 7 kwietnia 2020

Wiosn@

 Niejako obok; jakoś z boku; zupełnie nie na swoim miejscu. Wycofana, subtelnie przypomina o sobie ciepłem i zielenią za oknem. Wyglądamy przez nie czasem, zamieniając swetry na koszulki zakręcamy kaloryfery i też zieleniejemy - to zazdrość na wspomnienie normalności. Niektórzy przybierają kolor purpurowych pąków - ze złości, czując bunt wobec wymuszonej sytuacji.
Po czym, zniechęceni, zaciągamy zasłony, opuszczamy rolety - bo jasne wiosenne światło razi w oczy i odbija się w innym oknie, ku któremu odwracamy się z uwagą. Tam pora roku ma niewielkie znaczenie, a klimat zależy od naszego wyboru. Wybieramy więc swoją nową codzienność w błękitnej poświacie ekranu. 
Cóż za czarna wizja!
Wiosna ćwierka na parapecie i wystarczy otworzyć okno, żeby wleciała do naszego domu, który nie jest wcale klatką, tylko schronieniem. Przy okazji, warto otworzyć głowę, żeby wywietrzyć z niej zaduch wątpliwości. J e s t  wiosna i w następnym roku też  b ę d z i e. Zauważmy ją dziś; niedobry stan zmieni się na lepszy. Wiosenny stan ducha - i wszystko się zmieni. 
Inaczej zmienimy się my - w ćwierkające internetowe byty. Wyślijcie do znajomych tweeta w tej sprawie. I otwórzcie okno na oścież!



niedziela, 5 kwietnia 2020

"Konkurs pod pretekstem" - tekst trzeci.

Recenzja życia. Chaotyczna narracja, morału brak.

    Tyle z recenzji życia. Ale czy ktoś kiedyś recenzował śmierć?
    Myślę, że śmierć ma puszyste łapki o miękkim podbiciu, ruchliwe długie wąsy, aksamitne wnętrze uszu i bystre oczy, które rozumieją wszystko, a to znacznie za dużo. Czasami się taka otrze o człowieka zatrzymującego się na odpoczynek poza szlakiem górskim, przebiegnie po stopie złemu olbrzymowi z baśni, przemknie między nogami przechodniów po wyłożonym kostką rynku. Czasami przyjdzie po kota.
     Nie wiem jak umierają ludzie. Z tego co czytałem, robią to głośno i burzliwe, walcząc do ostatnich chwil. Z tego co widziałem najpierw grzebią swoich poległych przyjaciół, potem wdrapują się na górę, zwracają głowę ku ukochanej Francji a serce ku Jerozolimie i łamią miecz z relikwią: kciukiem jakiegoś świętego, żeby nie dostał się w ręce Saracenów. Z tego co słyszałem, krzyk jednego umierającego człowieka porusza bardziej niż wydrukowane ogromne liczby poległych na froncie żołnierzy. Z tego co mi mówiono, ludzie umierają zawsze nagle i niespodziewanie. Być może i nawet oni sami się tego spodziewają, ale o śmierci mówi się zawsze z perspektywy obserwatora, z osoby trzeciej, która zostaje jeszcze chwilę po tej stronie i stara się jak najdokładniej zapisać obraz odchodzącego w pamięci. A śmierć siedzi wtedy spokojnie obok i czyści sobie grzbiet językiem.
  
    Taka śmierć przyszła po mojego kota. Lat 18 i pół, tyle co ja. Powiecie że to dobry wiek jak na kota i będziecie mieć rację. Powiecie, że pewnie miał dobre życie pełne tłustych myszy, nieostrożnych wróbli oraz chętnych do głaskania dłoni i będziecie mieć rację. Powiecie, że teraz umiera zbyt wielu ludzi żeby przejmować się jednym kotem, że w każdym domu panuje teraz lęk i smutek, że jedno mruczenie mniej to nie jest koniec świata i być może będziecie mieć rację. Jeśli koniec świata nadszedł, to tylko dla niego, wraz z końcem dziewiątego życia. 
    Człowiek godzi się z tym. Irytuje jedynie, że nie da się dać zwierzęciu tyle ciepła i serdeczności, ile samemu się od niego otrzymuje. Nawet w ostatnich chwilach. Można tylko głaskać wiszące na chudym szkielecie futerko, uspokajająco patrzeć w zielone, zaropiałe oczy o rozszerzonych źrenicach i nie obwiniać go, że zaraz będzie mieć wszystko za sobą, a ciebie zostawia tutaj samego, w pokoju pełnym niemruczenia, niekichania, niemiauczenia, bez śladów łap na świeżo umytej podłodze, bez sierści na ubraniach. I każe ci samemu znosić ten bałagan ciszy. Umrzeć- tego nie robi się człowiekowi.
   
   Niedawno znalazłem trzy figurki kotów robione przez dziewięcioletnią wersję mnie. Sklejone z papieru, dwustronnie pomalowane i włożone w stojak na papierowe pionki w grach planszowych, sztuk trzy. Grafitowa, ruda i czarno-biała. Pisałem im dialogi, nagrywałem filmiki, zmuszając do dubbingu dziadków, rekonstruowałem sceny przeczytane w książkach Tomasza Trojanowskiego. Po śmierci mojego kota na nowo znalazłem te zbiory opowiadań, zakopane w domowej biblioteczce. W twardej okładce z dużymi literami, brudne od dziecięcych paluchów, sztuk trzy. Powinienem czytać „Mistrza i Małgorzatę” ale zamiast przenieść się do Gribojedowa, otworzyłem drzwi małego domku, żeby na powrót posłuchać mądrości Zofii, Hermana i Gienka. Ich historie opowiada Duży - właściciel ręki do głaskania.
     Podobno pisanie dla dzieci jest bardziej wymagające niż pisanie dla dorosłych. Ciężko mi teraz powiedzieć co tak szczególnie lubiłem w tych opowiadaniach, że potrafiłem zatopić się w nich bez reszty i oddać im prawo do bycia pierwszą, prawdziwą i jedyną rzeczywistością, całkowicie zapominając że trzeba jeść, rozwiązywać zadania z dodawania do dwudziestu i myć zęby. Nie umiem określić procesów jakie działy się z tyłu mojej głowy, kiedy słowa płynnie zmieniały się na obraz. Nie wiem też skąd dorośli pisarze wiedzą co spodoba się dzieciom i jak obraz tych fantazji chaosu przekładają z taką skutecznością na słowa. To obieg zamknięty, bez strat energii, jestem tego pewien, ale nie umiałbym zapisać go żadnym równaniem. Chyba najbardziej w tych książkach lubiłem to, że były prawdziwe. Że Henio siedzący na oknie, nastroszony i czerwony, przypominał piwonię ostrokwiatową i faktycznie, mój kot na parapecie też wyglądał z zewnątrz jak nowy gatunek kwiatu, wymagający w hodowli i pielęgnacji, niezwykle natomiast ciekawski, jak tylko rośliny doniczkowe być potrafią. Że Herman przedstawiając wykład o zwiększaniu powierzchni do głaskania metodą przyjmowania większej ilości pożywienia, pokrywał się w mojej głowie z obrazem czarnego łebka mojego kota wystającego zza ściany na dźwięk otwierania lodówki. Że Zofia starająca się każdy dzień uczynić dniem kota miała w mojej wyobraźni spojrzenie bliskiego mi sierściucha, oczekującego na porcję głaskania i atencji, wielce zażenowanego, gdy tego nie otrzymywał. Dzieci nie dają się oszukać, od razu wyczuwają fałsz.
    Jest pandemia i nie wolno podróżować. Ja jednak złamałem zakaz w ten weekend, wybierając się w odwiedziny do moich starych znajomych. Dziesięć lat, a oni dalej niezmiennie na mnie czekali w tym samym miejscu i tej samej kondycji, z dumnie podniesionymi ogonami na parapecie okna w kuchni.

    Śmierć oblizuje brudne od mleka wąsy i mruży oczy, patrząc pod słońce. Koścista ręką w czarnym płaszczu głaszcze ją po hebanowej głowie. Potem śmierć wskakuje na kościste kolana i znajduje sobie wygodne miejsce w zagłębieniu materiału. Mruczy. 


                                                         Patryk Onyszko



Odsłona trzecia. 
Zmuszona do milczenia, milczę. Wy nie musicie, więc piszcie, bo przecież nie sposób się nie odezwać. No, chyba, że coś człowieka zmusi.

warsztatyliterckie.mdk@wp.pl

Do 10.04.2020 trwa pierwsza edycja "Konkursu pod pretekstem" . Wszystko o tym w zakładce "Konkursy"

"Konkurs pod pretekstem" - tekst drugi.


Było to w maju dziewięćdziesiątego pierwszego roku. Jadł obiad w pobliskiej stołówce wraz ze swoją przyjaciółką. Byli właśnie w trakcie rozmowy. Opowiadała mu jak zmieniła swoje podejście do życia, jak stopniowa odcinała się od bodźców i wyrzucała wszystkie rzeczy z szafy.

- Zostawiłam tylko parę koszulek, dwa swetry i trzy pary spodni – mówiła z podziwem w głosie –wiele z nich udało mi się sprzedać, więc za zarobione pieniądze kupiłam bilet do Kambodży. Gdy wróciłam czułam się oczyszczona – opowiadała długo jak medytowała w towarzystwie pięknych krajobrazów, jak odcinała się od świata i po raz pierwszy czuła, że żyje.

                Słuchał tego bez jakiegokolwiek przejęcia. Przeżuwał marchewkę, jedynie przytakując na, ekspresyjne i przepełnione entuzjazmem, wypowiedzi kobiety. Miał wrażenie, że była ona jednym z wielu przykładów, zmanipulowanej - chwytliwymi, kolorowanymi reklamami obiecującymi spokojne i odmienione życie - jednostki. Ona od zawsze taka była. Co parę miesięcy, gdy się spotykali, przywoziła mu nową ideologię - z początku szczelnie zapakowaną. Później siadali razem do posiłku. Kobieta powoli uchylała mu jej treść, niewinnymi zdaniami, by następnie przejść do obszernych historii, które podawała wraz z pieczenią do stołu.

                Wiele lat temu był w niej zakochany, w jej zmienności i spontaniczności, lecz owa spontaniczność szybko przekształciła się w przewidywalne działania. To była jej codzienność, co przestało zaskakiwać nie tylko jego. Brakowało mu prostych rozmów lub chwili ciszy, więc z intensywnej, dobrze zapowiadającej się relacji, przeszli na sporadycznie utrzymywany kontakt. Nie czuł, że jej potrzebuje, ale miał wrażenie, że ona nie ma z kim dzielić się swoimi ideologiami, dlatego nie odchodził i słyszał co mówi.

- Myślę, że w końcu odnalazłam siebie i to na czym mi najbardziej zależy – mówiła z pełną powagą, przy każdym spotkaniu. Na stołówce dziewięćdziesiątego pierwszego roku też padły te słowa z jej ust. Gdy zapłaciwszy za rachunek wyszli, rzuciła szybkie „Musisz koniecznie tego spróbować” i znów rozstali się na kolejne parę miesięcy. On wrócił do swojej monotonności życia urzędnika skarbowego, a ona oddała się kolejnym poszukiwaniom idei.

                Zmierzając w stronę swojego mieszkania spoglądał na krzyczące wokół reklamy, ogłoszenia, neony zachęcające do odwiedzenia klubów, trąbiących i hamujących aut, przepychających się ludzi stale gdzieś pędzących. Krzyki z pobliskich restauracji, płaczące dzieci i niebieskie poświaty telefonów. Wtedy pomyślał o swojej przyjaciółce i jej idei minimalizmu. Zaczął się zastanawiać jak żyłoby się mu w Kambodży z dala od cywilizacji.

                Gdy wrócił do mieszkania nadal myślał o odizolowanych miejscach na ziemi. Mimowolnie spojrzał na swoje półki, które przepełnione były książkami, teczkami z różną zawartością i paroma figurkami z jakiś podróży.  Spoglądając na komodę przyszło mu na myśl, że o wielu z nich już dawno zapomniał, a co dopiero używał. Później przeszedł do szafy, w której cisnęły się eleganckie koszule i swetry. Patrząc na nie, doszedł do wniosku, że nie widzi tyłu szafy, nigdy jej nie widział. Długo wpatrywał się w wiszące ubrania, szukał w nich siebie, wspomnień lecz prócz koszul nie dostrzegł nic.

                Następnego dnia tuż po przebudzeniu długo wpatrywał się w ścianę, było tam zupełne nic. Poczuł, że czuje coś dotąd nieznanego, a jednocześnie tak bliskiego, jakby samego siebie. Po wstaniu podszedł do swojej drewnianej szafy, która w promieniach porannego światła, nabrała masywnego kształtu i nasyconego koloru ciemnego drewna. Otworzył ją, wyjął wszystkie koszule i zobaczył wnętrze szafy. Było jasne i niezadbane, jakby wyżarte przez korniki. Dotknął opuszkami palców drewnianej powierzchni. Stwierdził, że jest zbyt piękne, by je zasłaniać. Tak pozbył się większości swoich ubrań, zostawił jedynie trzy koszule i dwa swetry. Teraz codziennie otwierając szafę, mógł przyglądać się jej majestatycznemu wnętrzu.

                W ciągu kolejnych dni oddał wszystkie swoje książki do pobliskich bibliotek, na półkach widniały tylko dzieła Dostojewskiego, pierwszego poważnego pisarza, z którym się zetknął. Figurki i dokumenty też poznikały. Sam już zapomniał co właściwie z nimi zrobił. Ale dla niego nie było to istotne, chciał widzieć ściany i wnętrze szafy.

                Wkrótce sama szafa zaczęła stanowić dla niego irytujący, wręcz przytłaczający, bodziec. Z początku wciągnął ją do salonu, by w jego sypialni pozostało jedynie łóżko. Gdy nie był akurat w pracy, cały wolny czas spędzał na wpatrywaniu się w białe ściany i sufit. Miał wrażenie, że prowadzi z nimi dialog, że są siłą, która majaczy na granicy metafizyki. Dotykał ich, krzywych białych, pustych ścian, gładził je, ale przede wszystkim patrzył. Błądził wzrokiem po ich chropowatej strukturze, dziwiąc się jak bliskie stają się dla niego. Zaczęły być ludzkie.

                Pewnego dnia przestał w ogóle wychodzić z pokoju. Powoli pochłaniany przez ściany i sufit, pragnął na zawsze się z nimi połączyć. Czuł niezmierzoną tęsknotę za tym, co mówią ściany. Rozmawiały z nim językiem obcym dla wszystkich, ale on rozumiał i przeżywał. Desperacko chciał dostać się do miejsc z opowieści ścian. Pogrążony w strachu przed rzeczywistością, uciekał w chłodne ramiona bieli. Tam czuł się bezpiecznie.

                We wrześniu dziewięćdziesiątego pierwszego roku ściany przywołały go do siebie. Wiedział, że pora udać się w miejsce, o którym tak długo szeptały mu ściany. Tego wieczora długo gładził ich powierzchnie, z czułością w głosie zapewniał, że niedługo wróci. Zdawało się, że z każdym jego słowem i ruchem dłoni, staje się biały jak one. Pokój owiały ich wzajemne szepty, a biel ogarniała wszystko co napotkała. Odchodził…

                Parę miesięcy później do jego mieszkania zapukała przyjaciółka, koniecznie chciała mu opowiedzieć o nowej idei, na którą natknęła się w Hiszpanii. Nie odbierał telefonów, ani nie otwierał drzwi. Nie do końca wiedziała co się dzieje. Zadzwoniła do biura, w którym pracował, powiedzieli jej, że odszedł w czerwcu, co bardzo ją zdziwiło. Postanowiła poinformować policję o niepokojącej ją sytuacji i poprosiła o otworzenie jego mieszkania, ale odmówili. Wnet przypomniało jej się, że zawsze był ubezpieczony na każdą możliwą sytuację. Kiedy się ze sobą spotykali napomknął jej, gdzie chowa zapasowy klucz– za obrazem, wiszącym na klatce. Wiedział, że to bezpieczne miejsce, obraz był nudny i wtapiał się w komunistyczny wygląd klatki schodowej. Po wejściu do mieszkania zastała nienaturalnie postawioną szafę. Powoli ruszyła do sypialni. Jego już nie było – biały tynk wypełniał jego usta, uszy i dziurki od nosa. Kończyny wygięte były w stronę ścian, jakby kurczowo próbowały złapać się za nie. Wokół leżały kawałki farby, a okno było zasłonięte, jedynie w rogu pokoju majaczył „Idiota” Dostojewskiego.

                    Kobieta nie potrafiła zrozumieć zastanego obrazu. Jej przyjaciel, człowiek, którego znała od lat, przypominał obecnie zjawę wyżeraną przez larwy. Wyglądał równie strasznie jak żałośnie. Wszytko, co zastała we wrześniu dziewięćdziesiątego pierwszego roku w mieszkaniu swojego przyjaciela, było niepojęte. Nikomu później nie opowiedziała o tym, co zobaczyła. Zaszyła się na resztę życia w swoim niezrozumieniu, a twarz wypełniona białym tynkiem nawiedzała ją w snach...

Wrzesień dziewięćdziesiątego pierwszego roku.

Ściany szepczą tajemnicze historie -

O miejscach jak ze snów.

Dają ci poznać samego siebie.

Prowadzą w ich skórę

Chropowate ciało.

Wrzesień dziewięćdziesiątego pierwszego roku.

Ściany zdradziły już wszystkie tajemnice

I zabrały ze sobą człowieka

W te senne miejsca.

Ściany szepczą historie…

Ściany cię wysłuchają…

Ściany złagodzą twój ból…

Wrzesień dziewięćdziesiątego pierwszego roku…

                                                                                                       Anna Mularczyk




Oto drugi z tekstów "Konkursu pod pretekstem". Podobnie jak poprzedni, inspirujący do dzielenia się własnymi przemyśleniami. Komentując, złamałabym jednak zasady ustanowione dla oceny opublikowanych prac. Ale - Was serdecznie zapraszam do zamieszczania uwag i refleksji w komentarzach. Chcemy, żeby konkursowe teksty były nie tylko pretekstem dla autorów do przedstawienia ich głosów w literackiej polemice z rzeczywistością, lecz również powodem do wspólnej dyskusji.

Zapraszam wszystkich (nie bądźcie   a ż   t a k  samokrytyczni :) do nadsyłania Waszych "pretekstualnych" tekstów na adres:

warsztatyliterackie.mdk@wp.

Konkurs trwa do 10.04.2020

Więcej informacji w zakładce "Konkursy". Do dzieła!





piątek, 3 kwietnia 2020

"Konkurs pod pretekstem" - tekst pierwszy.


Bolesławiec, 31 marca 2020 roku
                Moje miasto zamknięto. Przez całe swoje niedługie jeszcze w sumie życie, słyszałem nawoływania, aby wychodzić z domów, nie spędzać ciągle czasu w telefonach i jak najwięcej się ruszać. Teraz jest inaczej.
            Ulice mojego miasta opustoszały. Przerażeni najazdem niewidzialnego wroga, wobec którego tak samo bezsilne są i karabin, i pióro, ludzie pochowali się w swych domach. W poniemieckich kamienicach, w komunistycznych blokowiskach, w nowoczesnych blokach… Na ulicę w ten piękny dzień wychodzą tylko albo ci nieliczni, których czworonożni przyjaciele do tego zmuszają, albo ci – już liczniejsi – nie przejmujący się wirusem, którego przecież nie widać i który przecież ICH na pewno nie dopadnie. Wszędzie widać radiowozy policji i straży miejskiej, pilnujące, aby ludzie nigdzie się nie gromadzili. Po mieście, w którym spędziłem całe swoje życie – i czego ani myślę zmieniać, więc być może spędzę tu jeszcze sporo czasu – mogę się poruszać swobodnie w zasadzie już tylko z przepustką, jaką jest mój biały maltańczyk, wymagający spaceru i świeżego powietrza. Nie wolno mi się do nikogo zbliżyć bardziej, niż na półtora metra, a od jutra nawet i na dwa metry. W moim mieście nie przywitam się już z kolegą uściskiem dłoni, możemy co najwyżej stuknąć się łokciami. Nie mogę przy pożegnaniu przytulić swojej przyjaciółki, mógłbym przecież tym miłym gestem narazić ją na duże niebezpieczeństwo, ona mnie zresztą też. Wrota archiwum, którego tajemnice odkrywam już od roku, pozostają dla mnie zamknięte, zazdrośnie ukrywając przed światem zagadki przeszłości tego miasta. Teatr, miejsce będące dla mnie od lat drugim domem, od kilku tygodni świeci pustkami. Publiczność świeci pustkami, pracownia literacka musiała ewakuować się na wadliwe internetowe łącza, zapadła żelazna kurtyna… W starym kościele, miejscu gdzie byłem chrzczony i bierzmowany, gdzie moja modlitwa i ta bardziej już świecka myśl wplatały się od dawna w wielopokoleniowy, wielojęzyczny łańcuch ludzkich przeżyć i przemyśleń, kapłanom może towarzyszyć już tylko piątka wiernych. W bibliotece zapanowała grobowa cisza, gdy my, mniej lub bardziej zapaleni miłośnicy słowa już nie tylko Bożego, ale i wszelkiego innego, zostaliśmy oddzieleni od naszej książnicy. Od jutra ostatecznie z naszych ulic mają zniknąć rowery; nie będzie już biegaczy przy mojej ulicy, w sklepach nie będzie już mogło przebywać więcej, niż dziesięć osób na raz, a w niektórych nawet nie więcej, niż trzy. Ze znajomymi mogę rozmawiać już tylko przez Internet, wiele radości sprawiają mi teraz rozmowy, nieraz bardzo długie i owocne, przez kamerki, odtwarzacze głosowe, komunikatory...
Jest jeszcze światełko nadziei. Na krzakach i drzewach rosną, jak zawsze o tej porze, zielone liście, dnie się wydłużają, nadal słychać śpiew ptaków, szczęśliwych istot, których niewidzialny wróg nie dosięgnie i które mogą nadal cieszyć się wolnością. Dziś to one, skrzydlate istoty, są panami mojego miasta. Tymczasem w  zamkniętym muzeum nadal spoczywa stara kronika, spisana przed wiekami przez tutejszego pastora. Świadek niejednej zarazy i klęski, świadek niejednego powstawania naszego Miasta-feniksa z popiołów. Obyśmy tym razem powstali, lepsi, niż ci, którymi byliśmy dotąd.

                                                                                   Darek Gołębiewski


Powyższy tekst jest pierwszym nadesłanym na "Konkurs pod pretekstem".
Prosimy o opinie w komentarzach; wskażą autora, który najbardziej poruszył czytelników.
Konkurs trwa do 10.04.2020. Więcej szczegółów w zakładce Konkursy.


środa, 1 kwietnia 2020

Poeta doctus i metoda żalu.

Odbyliśmy wczoraj bardzo interesujące spotkanie, za które Wam dziękuję :)
 Wiele inspiracji i przyjemność dyskusji - to sedno naszej wirtualnej obecności w jednym miejscu i czasie. Pozostajemy na łączach - a łączy nas wiele. Zainteresowania, poczucie humoru... Ta nowa sytuacja również. Łączy nas czas środkowoeuropejski, A dystans odległości nie ma znaczenia - łączy nas internet, a (w znaczeniu informatycznym) - internet to przestrzeń adresów IP.  W sumie...
Łączy nas przestrzeń - czy to nie fantastyczny współczesny topos literacki?
(W znaczeniu literaturoznawczym - topos - locus communis, to miejsce wspólne. Sprawdźcie w słowniku)


treny kochanowski – Szukaj w Google


 Dopowiedzenie i rozszerzenie tematu, który nam się niespodziewanie objawił wczoraj - dla zainteresowanych)*


https://epodreczniki.pl/a/od-urszuli-do-hanny-treny-jana-kochanowskiego-jako-cykl-poetycki/DPNQXKvVP  - KOD DOSTĘPU: 474179  jest ważny godzinę (10.40 - 11.40). Potem można stronę odczytać, ale nie można aktywnie na niej pracować. 


http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Pamietnik_Literacki_czasopismo_kwartalne_poswiecone_historii_i_krytyce_literatury_polskiej/Pamietnik_Literacki_czasopismo_kwartalne_poswiecone_historii_i_krytyce_literatury_polskiej-r1968-t59-n3/Pamietnik_Literacki_czasopismo_kwartalne_poswiecone_historii_i_krytyce_literatury_polskiej-r1968-t59-n3-s55-79/Pamietnik_Literacki_czasopismo_kwartalne_poswiecone_historii_i_krytyce_literatury_polskiej-r1968-t59-n3-s55-79.pdf

oraz:
JERZY  ZIOMEK   RENESANS  (PWN, W-wa 1995, str.316 - 326)

SŁOWNIK  LITERATURY  STAROPOLSKIEJ  (red. T. Michałowska, Ossolineum 1998, str. 449 - 452 i str.992)


* Oczywiście, wiem, że wszyscy macie szerokie zainteresowania :)

Kartka z kalendarza.

  Zobacz, ile jesieni! Pełno jak w cebrze wina, A to dopiero początek, Dopiero się zaczyna. Nazłociło się liści, Że koszami wynosić, A trawa...