czwartek, 30 kwietnia 2020

Podchody - gra w lesie fikcji.

"Złóż ręce tak by sen zaczerpnąć
 tak jak się czerpie wody ziarno
a przyjdzie las: zielony obłok
i brzozy pień jak struna światła".
 (Z. Herbert Las Ardeński)
 https://repozytorium.ukw.edu.pl/bitstream/handle/item/5829/Las%20w%20poezji%20Zbigniewa%20Herberta.pdf?sequence=1&isAllowed=y
Każdy ma własny las. Miejsce wypraw, wspomnień, spokoju i odosobnienia. Momentów ciszy i zagubienia. Ale nie idziemy w tę stronę.
"Las jest ogrodem o rozgałęziających się ścieżkach". (J. L. Borges Fikcje)
"Nawet kiedy w lesie nie ma wydeptanych ścieżek, każdy może wytyczyć własną drogę, decydując się skręcić w lewo lub prawo przy drzewie i dokonując kolejnego wyboru przy każdym następnym napotkanym drzewie. 
Lasy to metafora tekstu narracyjnego; nie tylko tekstu bajek, ale jakiegokolwiek tekstu narracyjnego. (Są takie lasy jak Dublin, gdzie zamiast Czerwonego Kapturka możemy s potkać Molly Bloom)". (U. Eco Sześć przechadzek po lesie fikcji)
Nie trzeba zaraz sięgać po J. Joyce'a i przedzierać się przez Ulissesa, 
żeby trafić w gęstwinę. Ostatnio poczyniliśmy kilka wycieczek, które prowadziły przez rezerwat realizmu magicznego z jego lasem półcienistych znaczeń. O swoich wyprawach przez lasy fikcji pisała wcześniej Kumiko (Introlektorium 1, pod etykietą Teksty). Nieprawdopodobnie gęsty las opisali autorzy wspólnej ekspedycji w poście poniżej. Napotkany tam kot poszedł przed siebie swoją ścieżką
a bohaterów fikcyjnej podróży, autorzy zatrzymali w kadrze z napisem "koniec opowieści". Tylko, ze to tak nie działa. My, czytelnicy, pozostaliśmy w tym lesie przy drzewie, wypatrując dalszej drogi. I każdy na pewno dostrzegł inną. To zależy od mapy, którą ma się w głowie. Są na niej zaznaczone znane miejsca i nierozpoznane szlaki literackich doświadczeń, metaforycznych niedookreśleń i symbolicznych odwołań. Oraz własne, wydeptane w realnym życiu ścieżki - czyli wszystko to, co przeżyliśmy dotąd. Trwa gra. Dostrzegamy kolejny znak.
Do mnie nagle, zza kilku drzew, pomachała gromadka dzieciaków. Pozostawiając Jasia i Malgosię zmierzających do chatki Baby Jagi w ich bajce, 
pobiegłam za inną parą, bo na drzewie, za którym stali, siedział Walter Moers i puszczał do mnie oko.
Tu zaczyna się moja ścieżka, którą chciałabym Was poprowadzić. Uwielbiam te "leśne" podchody. Mam nadzieję, że znajdziecie na nie ochotę następnym razem.

środa, 29 kwietnia 2020

"Konkurs pod pretekstem" - laur(ka)

Zwycięzców wieńczy laur. W naszym skromnym (acz nieustannym) konkursie, laureatów honorujemy laurką. Ozdobioną liściem lauru, z gratulacjami i najlepszymi życzeniami:)
Zasłużenie ją otrzymują, ponieważ: byli z nami obecni myślą, poczynili słowem pisanym tekst i nie zaniechali jego wysłania na adres podany - co dla naszej wspólnej przyjemności czytania ma pierwszorzędne znaczenie.
Przyjemność lektury skłoniła poruszonych czytelników do uznania pierwszorzędności wszystkich tekstów. Zaś pierwszorzędni ich autorzy - "wespół w zespół" - napisali przyjemny tekst do niniejszej laurki. Z bukietem najlepszych pomysłów na przyszłość, zamieszczam go wraz z uśmiechem kota z Cheshire.*

To nie jest tak, że nie zdawał sobie sprawy z beznadziejności sytuacji. Mógł co najwyżej nie zdawać sobie sprawy z konsekwencji, to prawda, ale opłakany stan rzeczy diagnozował od razu. Miał z nim spore doświadczenie i to powinno przez te wszystkie lata zbudować w jego głowie wystarczająco solidne podwaliny mądrości, by teraz obrócił się na pięcie i rzucił pędem w kierunku, z którego jeszcze przed chwilą z taką zawziętością przedzierał się przez leśny gąszcz razem z siostrą. Mądrość jednak nie wykiełkowała wystarczająco silnie, bo Jaś skłonił się kulturalnie kotu w dziwnym kapeluszu o jeszcze dziwniejszym uśmiechu i ostrych jak brzytwa pazurach.
Zaczęło się całkiem niewinnie. Śnił mu się Pan o czarnej twarzy i białych okularach, w czarnym płaszczu i białych rękawiczkach. Polecił mu śmiertelnie poważnym głosem, podążać za białym królikiem. Jaś spytał dlaczego i dokąd dojdzie, ale odpowiedź przerwał szum zbliżających się syren. Obudził go budzik ustawiony w telefonie jego siostry, a kiedy na jego pomruki niezadowolenia nikt nie odpowiedział, rzucił w puste już łóżko swojej bliźniaczki poduszką. Dochodzący z kuchni szum gotowanej wody w czajniku oraz dźwięki radia utwierdziły go w przekonaniu, że Gosia nie tylko jest już po wszystkich porannych ćwiczeniach, ale też wszystkich porannych wiadomościach. Obie te rzeczy stosowała regularnie jak lekarstwo, a jego drażnił ciągły odgłos powiadomień z telefonu, zwłaszcza dzisiejszy, który przerwał mu niezwykły sen. Kiedy szli do szkoły, Jaś uważnie lustrował przestrzeń w poszukiwaniu króliczego tatuażu na łopatce, breloku do kluczy lub tornistra w postaci króliczego ogonka, czy choćby przechodnia z playboyem pod pachą. Nic takiego nie znalazł i kiedy już się poddał stojąc pod drzwiami szkoły, Małgosia zatrzymała się nagle, zaczęła robić jak szalona zdjęcia i spytała czy wiedział od kiedy hodują króliki w klatkach przy szkole. Istotnie, na środku szkolnego chodnika stał królik i Jaś mógłby przysiąc, że ma na pyszczku ślady ciasta piernikowego, a w oczach blask irytacji swoją nagością. To wtedy podjął decyzję, żeby zamiast do szkoły, pociągnąć swoją siostrę za królikiem, kicającym w stronę krzaków szkolnego ogrodzenia. Jak na ogrodzenie był to niezwykle długi żywopłot. Rodzeństwo miało wrażenie że idzie co najmniej dwie godziny, ale dziwnym trafem w ich telefonach wyczerpały się baterie, a zegarki stanęły. Kiedy wyczołgali się wreszcie z bluszczu, ich oczom ukazała się szeroka równina. Małgosia doskonale zdawała sobie sprawę, że w ich małym mieście nie było takich skwerów ani placów miejskich. Oboje podświadomie czuli, że powrót nie będzie łatwy, a teraz jeszcze ten kot w kapeluszu.

Kot wyrósł przed nimi tak niespodziewanie, że nie zdążyli wydusić z siebie nawet słówka. Tymczasem nieoczekiwany przybysz, nie okazując najmniejszego zdziwienia pojawieniem się Jasia i Gosi, skłonił się przed nimi z zaskakującą elegancją. Rodzeństwo spojrzało po sobie z jeszcze większym zdumieniem w oczach. Oto czarny kot, jakich wiele mijali na ulicach swojego miasta, uchyla przed nimi swojego kapelusza i kłania się niczym staromodny dżentelmen z przełomu dawnych wieków.
                - Wy jesteście synami Adama i Ewy ? – zapytał tajemniczy kot
Gosia aż pisnęła ze strachu, słysząc ludzką mowę z ust dziwnego kota. Jaś, który nadal żył swoim bajkowym snem sprzed godziny, zdawał się jednak ignorować ten niecodzienny fakt. Nawet, jeśli od Wigilii, kiedy dałby się on w jakikolwiek sposób wytłumaczyć, dzieliło ich jeszcze dobrych kilka miesięcy.
                - Nie… nasi rodzice to… - zaczął, lecz kot mu przerwał z tańczącym błyskiem w oku
Teraz Jaś też się przestraszył, podejrzewając swego zwierzorozmówcę lub siebie samego co najmniej o atak obłędu.
                - Nie, nie ! Synowie Adama i Ewy, następcy i dziedzice… Ludzi. – wtrącił kot
Jaś był już pewny, że z tym kotem jest coś mocno nie w porządku. W Adama i Ewę, rzekomych pierwszych ludzi, wierzył przecież już tylko ten dziwny ksiądz, do którego chodził w szkole na religię dla wyższej średniej… no i ci jego dziwni znajomi z klasy, którzy chodzili do kościoła co niedzielę… i Gosia… Przecież to tylko bajki, pomyślał. Ale czy na pewno ? – podpowiadał mu powoli jego wyraźnie przegrzany już mózg. Wczoraj przecież Jaś uznałby także kota w kapeluszu za bajkę. A jednak teraz go widzi przed sobą, z krwi i kości czarnego sierściucha.
                - Chciałbym zaprosić was na małą wycieczkę do mojego miasta. To niedaleko – powiedział kot, wyrywając Jasia z filozoficznych rozważań
Gosia obserwowała kota w kapeluszu już z nieco większą ufnością. Może skoro jest taki miły i mówi coś o Adamie i Ewie, to nie zrobi im żadnej krzywdy? A jeśli udowodni Jasiowi, że Adam i Ewa naprawdę istnieli, poziom jej radości z życia skoczy wielokrotnie.
                - Jak się tam dostaniemy ? – zapytała bez zastanowienia
Zadowolony kot klasnął w swe małe łapki i oto na horyzoncie ukazał się latający samochód, kierowany przez rudego chłopca, dziwnie podobnego do Jasia, ale mającego równie dziwne, spiczaste uszy.
                Małgosia spojrzała na Jasia. Oczekiwała, że brat, który zawsze ma na wszystko odpowiedź, zaradzi tej dziwnej sytuacji. On znów chwilę myślał i myślał. Kot w kapeluszu z niecierpliwością przyglądał się rodzeństwu, które nie zrobiło nawet kroku w stronę jego fantastycznego pojazdu. Co kilka dni starannie, wraz z pomocą rudego chłopca, czyścił każdy zakamarek auta o czerwonej i lśniącej jak brzytwa karoserii. W świetle popołudniowego słońca samochód prezentował się bardzo majestatycznie. Jaś nadal stał dumając nad czymś, a Gosia doszukiwała się w jego brązowych oczach odpowiedzi albo chociaż wskazówki. Otrzymała niestety, dobrze znany jej wyraz dziwnej głębokiej pustki – jakby myśli, które kłębiły się w głowie brata były jedynie nic nieznaczącym echem.
- Wsiądą państwo? Gwarantuję, że odstawimy was przed zmrokiem – kocie wąsiska delikatnie uniosły się w górę. Każdy ruch przez niego wykonywany był niezwykle finezyjny. Małgosia przez chwilę zastanawiała się , skąd w zwierzęciu tyle gracji. Jaś po chwili rzekł z niezwykłą śmiałością:
- Nie jesteś królikiem, prawda? – chłopiec wlepił swoje ślepia w czarną sierść kota, doszukując się najmniejszego „króliczego” aspektu, choćby białej plamki futra.
- Wydaje mi się, że jestem jedynie czarnym kotem w kapeluszu – westchnął kot, uważnie oglądając siebie.
- Czy tam dokąd chcesz nas zabrać, mieszkają króliki? – Jaś nadal dociekał.
- Nie drażnij go, jeszcze nas podrapie albo rozjedzie tym swoim gruchotem – szturchnęła brata Małgosia, dając mu jednocześnie do zrozumienia, że trzeba jak najszybciej wsiąść do samochodu lub uciec do domu. Jaś zignorował jej szeptanie.
- Króliki... hmm... – zamyślił się kot, gładząc puszystą łapką swój pyszczek. Wyglądał teraz jak groteskowa reprodukcja „Myśliciela” Rodina – Nie przypominam sobie… chociaż… Margo! – odwrócił się do rudego kierowcy. Miał on na sobie koszule w biało-niebieską kratę i krótkie brązowe spodnie z szelkami. Gdy się na niego patrzyło, od razu na myśl przychodziło wyobrażenie mieszkańców Irlandii.
- Czy w naszym mieście są króliki? –zapytał, a Margo bez zastanowienia odpowiedział.
- Tylko jeden, ale jest już bardzo, bardzo stary, niektórzy mówią, że już oślepł i ogłuchnął – mówiąc to wyprostował się na fotelu kierowcy.
- A to ci niespodzianka – powiedział kot jakby do siebie – faktycznie, mieszka u nas jeden bardzo, bardzo stary królik…

Dzieci popatrzyły po sobie ze zdziwieniem i wahaniem. Gosia pociągnęła brata za koszulkę, odchodząc na bok.
- Myślisz, że możemy im ufać? Mama powiedziałaby, że to nierozsądne jechać gdzieś z obcymi. – zaczęła cicho.
Chłopiec wzruszył ramionami. Co innego mają do wyboru? Może chociaż królik będzie w stanie powiedzieć im, co się stało. No bo jak inaczej? Kot wydaje się nietrzeźwy, chłopak za kółkiem zdecydowanie za młody na siedzenie na fotelu kierowcy, a samochód wyciągnięty z bajek. Zresztą, czego miał się spodziewać? O jego ambitnym planie gonienia wszystkich napotkanych królików przesądził sen, w którym jakiś przypadkowy człowiek mówi mu, żeby tak zrobił. Przynajmniej był to człowiek, a nie hybryda z dwiema psimi głowami albo smok miniaturka, który wyskoczył z kartonika po soku pomarańczowym. Teraz to i tak nieważne.
- Mama mówi wiele różnych rzeczy, ja chcę zobaczyć starego królika. – machnął ręką na marudzenie siostry i wsiadł do auta – Do królika, a potem do domu i żadnych wykrętów.
Pewnie w duchu liczył na to, że takie ostrzeżenie będzie wystarczające, ale pijacki uśmiech kota w kapeluszu, którego rondo zdawało się falować, sugerował, że podpisuje cyrograf.
Gosia wyglądała, jakby też dobrze to widziała i była jeszcze mniej przekonana do pomysłu brata. Ale nie miała siły przebicia – jak on się już na coś uparł, to nie szło przekonać. Wzruszyła jedynie ramionami i z obojętną miną usiadła obok. W głowie jednak uważnie zmówiła wszystkie modlitwy, jakie tylko pamiętała, niemal błagając o ratunek.
- Miłej zabawy – życzył kot.
Margo odpalił silnik i powoli zaczęli się oddalać od tamtej polany.
- On nie jedzie? – zapytał wreszcie Jaś.
Margo obrócił się lekko, a potem znów skupił na jezdni.
- Chodzi ci o Kota? Nie, on lubi swoją okolicę i swoje ścieżki. I ma swoje sposoby na dotarcie do miasta. Nie żeby kiedyś wpadał w odwiedziny. – mruknął Margo.
Nie przejechali jednak nawet połowy trasy, a przynajmniej tak myślało rodzeństwo, bo wspomnianego miasta nigdzie nie było widać, kiedy świat zaczął wirować. Drzewa wyginały się na różne sposoby, rozciągały i zwężały zupełnie nienaturalnie. Trawa zmieniała kolor, rosła szybciej i już sięgała drzwi pojazdu. Gołębie, które znikąd pojawiły się nad ich głowami, zaczęły skrzeczeć nieznośnie, a w tym hałasie chłopiec mógł przysiąc, że słyszał krzyki i wołania o pomoc, ledwo zdążył jednak spojrzeć w górę, a płacz zamienił się z sarkastyczny śmiech. Niebo rozdarła błyskawica szerokości kilkunastu metrów i ptaki zniknęły tak nagle, jak się pojawiły.
Poczuł, że poci się cały. W zdziwieniu i przerażeniu spojrzał na kierowcę, ale ten także się zmienił. Oczy miał całe szare, bez tęczówki i źrenicy. Jego rude włosy wiły się dziwnie i Jaś dopiero wtedy zauważył, że to nie włosy. To były dżdżownice. Oślizgłe rude dżdżownice.
- M-margo? – pisnął i  pożałował, jeśli jego siostra usłyszała ten dźwięk to nigdy nie przestanie z tego żartować. Zanim zdążył sprawdzić, czy rzeczywiście dziewczynka to słyszała, oczy otworzyły mu się szerzej, bo Margo odwrócił się do niego. I nie miał ust. Nie miał nawet ich zarysu. Jego twarz wyglądała tak, jakby nigdy ich tam nie było.
Jedyne czego nie rozumiał w żadnym stopniu to dlaczego Gosia jeszcze nic nie powiedziała. Pociągnął ją za rękę, bo patrzyła nieprzytomnie w dal, jak gdyby nic dziwnego nie działo się dookoła. A potem bliźniaczka się odwróciła i chłopiec przeraził się jeszcze bardziej. Zamiast (jak twierdzą nauczyciele) podobnej do niego dziewczynki na fotelu siedział Kot ubrany w jej bluzkę i jej spodnie i nawet jej buty. Przekrzywił głowę, uśmiechając się tym dziwnym pijacko-sarkastycznym uśmiechem.
- Coś się stało, mój drogi? – zapytał.
Jaś aż podskoczył na siedzeniu. To się nie mogło dziać naprawdę. Otworzył drzwi i spojrzał w dół. Byli dobre dwa metry nad ziemią. Może uda mu się jeszcze znaleźć drogę powrotną? Może Gosia czeka na niego na tamtym placu? Może, może, może. Przechylił się chcąc wyskoczyć, ale samochód zaczął się nagle podnosić i nie miał najwyraźniej zamiaru przestać.
Chłopiec obrócił się do siedzącego obok niego sierściucha, który z dziwnym zadowoleniem złapał go zbyt mocno, jak na dziewczynko-kota, za nadgarstek, a spod jego rękawów wylazły mrówki. Dużo dziwnych, kolorowych mrówek. Było ich tak dużo, że Jaś nie widział już nawet własnej skóry.
Krzyknął, szarpnął się, zupełnie zapominając o otwartych drzwiach, przechylił do tyłu za bardzo. Wyleciał z auta i spadał, spadał, spadał i spadał. Zamknął oczy, szykując się na zakończenie swojego życia, ale nie poczuł nic. A kiedy je otworzył leżał na trawie. Zielonej i do tego normalnej długości. Samochód zatrzymał się kilka metrów od niego. Margo otworzył drzwi, by wysiąść, ale w tejże chwili kolejna błyskawica przeszyła niebo i uderzyła w pojazd. Zniknął. Po prostu zniknął. Tak, jakby nigdy go nie było. Żadnego śladu po piorunie, żadnego śladu po uderzeniu, po prostu nic. Polana była pusta.
Właśnie! Polana! Ta, z której zabrał ich Margo. Ta, na której spotkali kota. Jaś obiegł ją dookoła w poszukiwaniu choćby śladów butów, ale nie znalazł nic. Znowu opadł na ziemię z rezygnacją i zamknął oczy. Nie wiedział, ile tak leżał, gdy nagle usłyszał dziwny głos:
- Ktoś tu chyba przesadził z ciastem piernikowym, hm?
Pytanie to zadał biały królik pochylający się nad nim z dezaprobatą wypisaną na twarzy.
- Królik! Jesteś tym królikiem! O tobie mówił Kot i Margo, tak? – zawołał, jakby nagle dostał zastrzyku energii.
- Nie wiem, jaki znowu kot i jaka Margot, ani jakim królikiem jestem. Nie wiem nawet dlaczego z tobą rozmawiam. – wzruszył ramionami. Gbur.
- Miałem cię znaleźć. Tak powiedział mężczyzna w białych okularach. – zapewniał dalej chłopiec, ale jego rozmówca nie był przekonany.
W końcu pacnął się łapą w czoło, co wyglądało nad wyraz komicznie – w końcu był białym królikiem – i z pobłażliwym uśmiechem wyjaśnił:
- Przesadziłeś z ciastem piernikowym, mój drogi. Lepiej już w racaj do domu, bo cię to wykończy.
Po tych słowach wszystko przyspieszyło tak, jakby Jasia wystrzelono z procy i cały krajobraz przepływał z taką prędkością, że drzewa, krzewy, budynki i w sumie wszystko zlewało się ze sobą.
Potem chłopiec podniósł się przerażony i odkrył, że siedzi na własnym łóżku, koszulka lepi mu się do ciała od potu, Gosia ze swojego łóżka patrzy na niego ze śmiechem, a mama, tuż obok niego, z pobłażaniem.
- Oj, Jasiek, mówiłam, żebyś nie jadł tyle ciasta na noc. Chodź, dam ci leki. – westchnęła i ruszyła do kuchni, gdzie leżała apteczka domowa.
Kiedy przechodził obok siostry zobaczył jak ta uśmiecha się lekko.
- Wołałeś coś o kocie i królikach, to pewnie przez to, że jutro idziemy ze szkoły do cyrku. No i piszczysz jak dziewczynka.
Czyli jednak słyszała.


Legenda:
Patryk Onyszko / Darek Gołębiewski / Kumiko / Zhalia

* Dobrze znaną postać tegoż kota warto spotkać również w opowiadaniu A. Sapkowskiego Złote popołudnie. Niespodziewanie może objawić się tam jako patron piszących ;)




czwartek, 23 kwietnia 2020

Internetowe lektorium.

"Kaganek upadł prosto na stos ksiąg, które zwaliły się ze stołu i leżały z otwartymi stronicami na kupie. Oliwa rozlała się, ogień sięgnął zaraz do jakiegoś skruszałego pergaminu, który strzelił ogniem, niby garść wyschłych patyków. Wszystko to stało się w jednej chwili, z woluminów buchnął płomień, jakby te tysiącletnie stronice od wieków wzdychały do żaru i radowały się, zaspokajając nagle niepamiętne pragnienie gorzenia. [...] Jakaś księga starsza od innych spaliła się prawie od razu, wyrzucając wysoko język ognia. Delikatne ostrza wiatru, które mogły ugasić słaby płomyk, jeno rozniecały silniejszy i żywszy, a nawet prószyły z niego rozbiegającymi się na wszystkie strony iskrami. [...] Iskry przemknęły w stronę ścian i zaraz woluminy z innego arkadium zaczęły się skręcać w rozszalałym ogniu.[...] Uniosły się w górę leciutkie strzępy prawie spopielałego pergaminu, które szybowały niby nietoperze, powietrze zaś, sprzymierzone ze swoim powietrznym towarzyszem, zabierało je, by podpalały ziemską materię innych kart. [...] W mgnieniu oka to miejsce stało się ogniskiem, gorejącym krzakiem.[...] Biblioteka płonie!"
                                                                    
                                                                                               Umberto Eco  Imię róży (PIW, W-wa 1995, s.558 - 561)


Nasza biblioteka unosi się w chmurze. Ogień jej nie strawi, nie zmurszeje w pomroce dziejów, nie zniszczy jej wicher historii. Może ją rozwiać tylko niepamięć lub niewiedza. 
Warto więc wiedzieć i zapamiętać; korzystać z nieprzebranych zasobów, tropić, odkrywać, poznawać, przeglądać, czytać, czytać... 

https://polona.pl/                                                             
https://www.nac.gov.pl/                                                
https://culture.pl/pl                                                           

Współczesne biblioteki są intersemiotyczne. To skrót myślowy, który sami rozbudujecie odwiedzając adresy naszego wirtualnego lektorium. Nie popadając w natręctwo, nienachalnie zapraszam Was również (po raz wtóry:) do przeczytania posta Literatura, pismo i cała reszta karuzeli w zakładce Teksty. Ot, tak, tytułem niezobowiązującego wprowadzenia.
Miłej lektury. I nie zapomnijcie wyjść na spacer - już można :)

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Prywatne lektury. Introlektorium 1.

"Czytamy książki, aby dowiedzieć się kim jesteśmy i kim możemy się stać." 
                                                                     
                                                  Ursula Le Guin

Powyższe motto nie jest wprowadzeniem, a nawiązaniem. Odsyła do posta Literatura, pismo i cala reszta karuzeli, który znajduje się pod etykietą Teksty.




Książki mnie pochłaniają. Czasem mam wrażenie, że napawają się moimi emocjami niczym świeżym brytyjskim śniadaniem. Manipulując rzeczywistością cierpliwie czekają, aż rzucę je w kąt, by rozpocząć kwestionowanie własnego „ja”. Wydaje mi się, że te, po które sięgam, są bardzo niebezpieczne. Potrafią zmienić mnie, mój światopogląd czy odczuwanie rzeczywistości. Ale mimo wszystko pozwalają lepiej zrozumieć to, co mnie otacza i samą siebie, nawet kosztem wewnętrznej rewolucji.
                Pierwszą książką, która oddziałała na mnie bardziej niż wszelkie realne bodźce, była zatytułowana „Stan zawieszania”. To debiutancka powieść Saula Bellowa, późniejszego noblisty. Miałam akurat dziesięć lat, właściwie nie powinnam wtedy nawet wiedzieć o jej istnieniu, jednakże dziecięca ciekawość – i poczucie samotności jakie obecne we mnie było – zaprowadziły mnie aż do niej. Nie pamiętam dokładnego przebiegu fabuły, scen czy bohaterów drugoplanowych. To jedna z tych pozycji, gdzie nie pamięta się takich rzeczy, po niej pozostaje jedynie odczucie goryczy, pewnego obrzydzenia światem i małości własnej osoby. Tak też się stało.Świat wykreowany przez baśnie, wymyślne zabawy, beztroskość  - w jednej chwili pękł. Te kolory, tak wtedy intensywne, zaczęły się momentalnie oddalać, nie wiedząc kiedy, całkiem zniknęły. Byłam zagubionym dzieckiem, które sięgnęło po coś na kształt zakazanego owocu i utraciło dzieciństwo. To wszystko brzmi bardzo brutalnie, ale takie też było dla dziesięcioletniej dziewczynki. „Stan zawieszenia” w rzeczywistości nie jest tak „morderczą” książką, właściwie nie wiem jaki jest. Obiecałam sobie, że kiedyś do niego powrócę, ale jeszcze ten czas nie nadszedł. „Stan zawieszenia” stał się symbolem w moim życiu, personifikacją pewnych podjętych decyzji, ale czy jest pozycją wartą przeczytania? Saul Bellow to znakomity malarz ludzkich myśli. Uważam, że zetknięcie z depresyjnym światem mieszczącym się w głowie głównego bohatera, dla każdego może być wartościowym i filozoficznym doświadczeniem.
                „Teraz wystarczyło podnieść nogę i wejść do środka. Zrobiłam to.” Tak weszłam do Szafy, „Szafy” Olgi Tokarczuk. Do mistycznego świata włóczek, sukienek, garniturów, ale przede wszystkim namacalnej ciszy. To opowiadanie obudziło we mnie pewien literacki magiczny realizm. Spowodowało, że inaczej spojrzałam, na to co tworzę. Gdy bohaterów opowieści pochłania Szafa i stają się mniej realni od niej, z moimi też mimowolnie zaczęło tak się dziać. Ucieleśniałam wszystko, co spotykałam – guziki, ściany, dłonie, papierosy, rękawiczki, książki, góry, drzewa, pędzle, farby, dosłownie wszystko. Otworzyły się przede mną światy, których do tej pory nie znałam. Widziałam duszę we wszystkim, co martwe. Miałam wrażenie, że wszyscy jesteśmy przez przedmioty pochłaniani. To nie metafora konsumpcjonizmu, a prędzej ludzkiego przywiązania i nadawania rzeczom własnych definicji i wspomnień. Od momentu, gdy „Szafa otworzyła się przede mną […]” traciłam dystans do przedmiotów i wkrótce sama w nich zamieszkałam, jak bohaterowie w Szafie.
                Harukiego Murakamiego poznałam zupełnym przypadkiem, gdy jego książka zwyczajnie spadła z półki pod moje nogi. Tak oto tuż obok drobnych dziecięcych stóp leżała „Kronika ptaka nakręcacza” i swoją wyłuskaną okładką zachęcała do odkrycia. Niepewnie zaczęłam jej czytanie. Akcja rozpoczyna się od opisu gotowania makaronu. Śledząc wzrokiem kolejne wersy w pokoju zdawało się czuć zapach smażonych pomidorów i odgłosy wrzącej wody. Jednakże intuicja, po doświadczeniach ze „Stanem zawieszania”, kazała mi odłożyć tę książkę z powrotem na jej miejsce i czekać. Od tamtej pory „Ptak nakręcacz” nieustannie wołał mnie swoim skrzeczącym śpiewem. Z tej kroniki płynęło coś w rodzaju pożądania, a może przeznaczenia. W marcu tego roku postanowiłam raz na zawsze uciszyć szepty i domagania „Kroniki ptaka nakręcacza”. Był słoneczny dzień, usiadłam obok studni w moim ogrodzie i zagłębiłam się w historię Toru Okady. Od samego początku z książką łączyła mnie zadziwiająca, metafizyczna więź, po wejściu w nią, zrozumiałam dlaczego. „Kronika ptaka nakręcacza” opisywała człowieka, którego doskonale znałam, nie potrafiłam zrozumieć tak uderzającego podobieństwa – lubili to samo, myśleli tak samo, mówili tak samo, kochali tak samo. Powoli zaczynałam przypisywać każdy element historii do mojego świata i pewnym momencie miałam wrażenie, że ledwie się od siebie różnimy – granice zaczęły się zacierać. Nie widziałam już białych kartek, liter, swoich nóg opartych o studnię, zielonej połyskującej trawy. Byłam w świecie bardziej rzeczywistym od tego, w którym żyłam. „Kronika ptaka nakręcacza” to pozycja poruszająca tematy ludzkiej duszy, wyobcowania i wpływu małych rzeczy na resztę losu. To powieść refleksyjna, która wchłania w głąb siebie. Wyciąga z człowieka na powierzchnię szczerość i emocjonalność. Zaczyna stanowić element życia, włada nami. To niesamowite i ezoteryczne doznanie jest czymś w rodzaju nirwany, która zabiera nas w krainy obce, lecz piękne. Znak w moim umyśle jaki pozostawiła „Kronika ptaka nakręcacza” nieustannie przypomina mi, jak niezwykła może być codzienność oraz, że ten świat wcale nie jest normalny.
                Trzy książki, które zakorzeniły się głęboko we mnie, nadal oddziałują na moje myślenie i postrzeganie rzeczywistości. Uczucia, jakie doświadczyłam podczas czytania nich są niepowtarzalne i przejmujące. Nie bójmy się dać sobą zawładnąć. Tyle mówimy o dystansie do wielu rzeczy, ale czasami wystarczy go delikatnie skrócić, by poznać nowy świat, nowe emocje, nowego siebie. Niech książki nas pochłaniają, niech będą dla nas przeżyciem niezastąpionym, ponieważ, dzięki nim, możemy odkryć wieloświaty ukryte głęboko w nas samych. „Jestem tylko korytarzem, ścieżką dla człowieka, którym jestem”.[1]


                                                           Kumiko

               



[1] „Kronika ptaka nakręcacza” Haruki Murakami, Warszawskie Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2013

czwartek, 16 kwietnia 2020

Videotopic 1

Realizm magiczny

Zaczarowana rzeczywistość - to wolny przekład z meta języka teorii. Poznawanie teorii wymaga rozumienia pojęć, które ją opisują. Słowa niezrozumiałe, to nieznane zaklęcia, broniące dostępu do... wiedzy. To jeden z działów realnej magii ;),
Dzieci, nawet znając niewiele słów, wiedzą, że w każdym lesie rośnie magiczne drzewo, a do zaczarowanej krainy można wejść przez szafę. (Jakaś Narnia może być też pod łóżkiem, albo we wzorze dywanu). To oczywiste.
Dorośli pamiętają, że to chyba możliwe, lecz nie wiedzą tego na pewno. Wiec, naukowo udowadniając świat, pozostawiają szczeliny dla zjawisk niewyjaśnionych. Ale pilnie pracują nad tym, żeby ich obecność naukowo uzasadnić. Sprawczą moc daje im wiedza. Nielicznym tę moc daje sztuka. Artyści, posiadając realną wiedzę o świecie, wędrują daleko poza jej horyzonty, urealniając wyobraźnię. To dziwne i niejasne.
"Realizm magiczny" jest pojęciem - zaklęciem, otwierającym przestrzeń przenikania się tego, co znane i oczywiste - a więc realnie możliwe, z tym, co dziwne i niejasne; nieprawdopodobne, nierealne w rzeczywistym świecie. Pytanie o wpływ mitów, folkloru, wierzeń i magii na dzieje tegoż świata odsyła do tradycji kultury. Odpowiedź dotyczącą wycinka tej tradycji określonego nazwą: realizm magiczny, znajdziemy w wielu opisach kierunku, na przykład tu:


oraz - dla bardzo wymagających, chociażby tu:


Własne wrażenia i emocje na pewno znajdziecie czytając:

- literaturę iberoamerykańską: Miguela Angela Asturiasa (noblista), Jorge Luisa Borgesa, Carlosa Fuentesa, Gabriela Garcię Marqueza (noblista), Julio Cortazara...

- książki takich autorów, jak: Michaił Bułhakow (Mistrz i Małgorzata), Salman Rushdie (Dzieci północy), Gunter Grass (Blaszany bębenek), Milan Kundera (Księga śmiechu i zapomnienia) ..

- znakomitą polską literaturę: Sklepy cynamonowe Bruno Schulza, Prawiek i inne czasy Olgi Tokarczuk, Opowieści galicyjskie Andrzeja Stasiuka.....
......to tylko kilka tytułów; zapewniam, sięgniecie po następne :)

Oczywiście - kino:
- chronologicznie - ekranizacja Sanatorium pod klepsydrą, Wojciecha Jerzego Hasa (z 1973 r.) i tegoż reżysera Rękopis znaleziony w Saragossie (z 1964)

- filmy Federico Felliniego, np. A statek płynie (klasyka kina, warto znać)

- Emira Kusturicy, np. Arizona dream, Underground.. (moja osobista rekomendacja :))

- Jana Jakuba Kolskiego, Jańcio Wodnik, Historia kina w Popielawach, Jasminum...

Inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą. Ale - gdyby brakowało Wam inspiracji, sprawdźcie, czy realizm magiczny jest dla Was. Bo - tak naprawdę, jego estetyka nie każdemu się podoba a konwencja  wielu irytuje. No cóż, prosta nie jest. Łatwo się tego nie czyta, ani nie ogląda. Ale kto powiedział, że ma być łatwo :)


poniedziałek, 13 kwietnia 2020

"Konkurs pod pretekstem" - tekst czwarty.

(Nadesłane 9 kwietnia)


Słońce już zachodziło, gdy przemykała oświetlonymi przez latarnie uliczkami. Chłodny wiatr muskał jej policzki, a pomarańczowe promienie wciąż jeszcze dawały trochę ciepła. Poprawiła cienką chustkę na szyi i przyspieszyła kroku. Budynki po obu stronach zdawały się nad nią nachylać. Masywne, ozdobione najróżniejszymi płaskorzeźbami. Jedna z nich, wyglądająca jak dziwna lekko przerażająca twarz, patrzyła na nią pustym wzrokiem. 
Dreszcz przeszedł dziewczynie po plecach. Naszło ją wrażenie, że poczuła czyjąś obecność. Czyjś ledwie słyszalny szept rozbrzmiał gdzieś obok jej ucha. Obróciła się gwałtownie, ale nikogo tam nie było. Jedynie kwiecisty wzór wykuty na ścianie kamienicy. Poruszyła ramionami próbując pozbyć się nieprzyjemnego uczucia. Wszystko jest okej powtarzała sobie w myślach.

Zapewne zupełnie nie zwróciłaby na to wszystko uwagi, gdyby nie powtarzało się to za każdym razem, gdy tamtędy przechodziła. Zazwyczaj zrzucała winę na ludzi dookoła. Było ich pełno, śmiali się, rozmawiali, krzyczeli na siebie albo nieznośnie głośno puszczali muzykę. Łatwo było uznać, że chichot za twoimi plecami to tylko banda rozbawionych czymś dzieciaków. Ale teraz było całkiem pusto. Ludzie w ogóle dziś nie wychodzili na ulice. W samym centrum już było ich mało, ale tu, zdawało się, nie było nikogo od poprzedniego dnia albo nawet tygodnia.

Nic więc dziwnego, że w głowie dziewczyny pojawiły się na powrót wszystkie te historie o duchach kamienic zasłyszane, gdy jeszcze rodzice wierzyli, że uda im się ją trochę postraszyć bajkami. Ale to tylko głupie miejskie legendy, którymi chwali się każdy przewodnik oprowadzający turystów. Według niej kamienice przy tej jednej ulicy żyją. W pewnym sensie. Jak gdyby zaklęte w nich były dusze mieszkańców. Obserwują przechodniów, a jeśli uznają za stosowne próbują nawet nawiązać kontakt. Wabią do wnętrza budynku i ludzie nigdy już stamtąd nie wracają. Bzdurne historyjki. Przecież tam mieszkają ludzie. W nocy śpią, a rano wychodzą do pracy. Jakoś udaje im się wydostać z tej „niebezpiecznej pułapki”. Czyli nic tam nie ma, straszne bajki dla dzieci rozbrojone.

Więc co właściwie słyszy? Co wydaje jej się, że słyszy? Dlaczego czuje chłód przeszywający ją na wskroś pomimo ciepłej kurtki i chusty na szyi? I dlaczego zaczęła się bać? Wzięła kolejny wdech, jakby ten miał być jej ostatnim. Po raz kolejny obejrzała się za siebie z nadzieją, że zobaczy kogoś… żywego. Pusto. Pusto, pusto i jeszcze raz pusto. Dłonie zaczęły jej się trząść. To przecież taka krótka uliczka, tylko sto metrów. To tylko sto metrów. A jednak czas dłużył się nie do wytrzymania. Powietrze zrobiło się zimne, co najmniej jakby temperatura spadła o kilka stopni. Wiatr zawiał muskając jej dłonie, jak gdyby czyjeś wyziębione palce chciały złapać ją za nadgarstek. Mimowolnie naciągnęła mocniej rękawy, a po chwili  ukryła ręce w kieszeniach. Latarnia obok niej zaczęła niepokojąco migać po czym bez ogródek po prostu zgasła. Dziewczyna poczuła, że cała drży. Dwadzieścia metrów, powtarzała sobie już nie tylko w głowie, ale zwyczajnym szeptem.

Im bliżej wyjścia z uliczki była, tym pewniej stawiała kroki. Tym bezpieczniej się czuła.

Gdy zostawiła przeklęte sto metrów za plecami kamień spadł jej z serca, a z każdą chwilą uspokajała się bardziej.

Rąk z kieszeni nie wyjęła póki nie doszła do domu.

A duchy kamienic zaklęte w rzeźbach i fasadach wciąż wyczekiwały kogoś, kto nie zapomniałby o ich istnieniu.


                                                                   Zhalia



Jeśliby szukać przyczyny - to chyba czas Świąt Wielkanocnych sprawił, że powyższy tekst czekał na publikację od czwartku. Jak wiadomo, czas świąteczny odwraca reguły powszednie. Tym samym, ponieważ minął i dzisiaj mamy poświąteczny wtorek, przywracamy zwykły tryb czasu ;) 

Pierwszą edycję "Konkursu pod pretekstem" zamykamy. Proszę nie zawieść autorów i pisać komentarze do konkursowych tekstów. Ich ilość wskaże nam ten najbardziej poruszający; wybór należy do Was.  Zapraszam, to satysfakcjonujące - oddać głos w słusznej sprawie. 

Głosujemy do 20 kwietnia 2020. 

Więcej szczegółów w zakładce "Konkursy"




Kartka z kalendarza.

  Zobacz, ile jesieni! Pełno jak w cebrze wina, A to dopiero początek, Dopiero się zaczyna. Nazłociło się liści, Że koszami wynosić, A trawa...